NAWYK SZESNASTY: Wytrwaj z Uporem


Nawyki wysoce skutecznych chrześcijan

„Wytrwajcie w cierpieniach razem z nami, jak dobry żołnierz Chrystusa Jezusa”. 2 List do Tymoteusza 2:3


Nawyk posłuszeństwa płynącego z serca jest prawdopodobnie najważniejszym nawykiem opisanym w tej książce. Dotyczy on ostatecznego kryterium, według którego oceniane są wszystkie nasze uczynki, gdy staniemy przed Panem. W niniejszym rozdziale omówimy drugi najważniejszy nawyk: wytrwałość w posłuszeństwie Bogu. Decyzja o posłuszeństwie nie wystarczy; nie gwarantuje ona osiągnięcia celu. Musimy wytrwać w posłuszeństwie, gdy stajemy w obliczu niewidzialnego duchowego przeciwnika i różnych przeszkód, które spotykamy w życiu. Rozwój charakteru następuje, gdy dążymy do osiągnięcia celów pomimo przeciwności. Usunięcie przeszkody powoduje przerwanie procesu rozwoju charakteru. Proszę zwrócić uwagę na różnicę między tymi dwoma zdaniami. Stwierdzenie „Jan radzi sobie dobrze” jest miłe. Jednak w porównaniu z tym zdaniem: „W obliczu ogromnego sprzeciwu i niemal nie do pokonania przeciwności losu Jan dowodzi swojej wytrwałości, ogromnie się rozwija i nadal dobrze sobie radzi” brzmi ono nijako. Gdyby Bóg stworzył świat bez zła i bez potrzeby wytrwałości, nigdy nie mielibyśmy okazji w pełni się rozwinąć. Taki świat byłby zbyt łatwy. Ten świat daje nam możliwość, w procesie pokonywania przeszkód, stania się najlepszą wersją siebie.


Przeszkody są celowo zaplanowane


Bóg bardziej troszczy się o Państwa rozwój niż o Państwa wygodę. Gdyby tak nie było, każda sytuacja, w której odczuwają Państwo dyskomfort, świadczyłaby o tym, że Bóg jest słaby i nie może Państwu pomóc lub że nie dba o Państwa i nie zamierza tego robić. Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą; Bóg nie jest słaby i troszczy się o Państwa. Co więcej, troszczy się o Państwa rozwój. Trudności sprawiają, że się rozwijają Państwo. Jezus powiedział: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście zmęczeni i obciążeni, a Ja dam Państwu ukojenie” (Mt 11:28). Z drugiej strony, On chce również, abyśmy wzrastali – i przynosili obfite owoce – a to wymaga przycinania. „... każdą latorośl, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła więcej owoców” (J 15:2).


Czy kiedykolwiek byli Państwo posłuszni Bogu i odkryli, że w trakcie wykonywania tego, o co prosił, napotkali Państwo opór? Uczniowie tak mieli (Mk 6:45-52). Pewnej nocy udali się dokładnie tam, gdzie Jezus im kazał. Napotkali burzę na Morzu Galilejskim. Jezus przewidział burzę na Galilei tej nocy, ale mimo to wysłał ich tam. Co więcej, kontrolował jej czas trwania i intensywność. Jezus widział, jak wieczorem wiosłowali w burzy, i nie poszedł do nich aż do czwartej straży – o 3:00 nad ranem. Wcześniej towarzyszył im podczas burzy. Wtedy spał w łodzi, ale przynajmniej był tam z nimi. Uczniowie nauczyli się, że Jezus może uspokajać burze. Tym razem Jezus nie był z nimi w łodzi, więc prawdopodobnie wydawało im się, że kryzys jest jeszcze większy. Podczas tej drugiej burzy Jezus szedł po wodzie w kierunku swoich uczniów w łodzi. Nie porzucił ich; przyszedł do nich i uspokoił burzę. Doświadczenie uczniów uczy nas, że nasze trudności, ich nasilenie i czas trwania są pod kontrolą Boga. Każde doświadczenie przygotowuje nas do następnego. W miarę jak nasza wiara staje się silniejsza, trudności stają się coraz większe. Kiedy zdajemy sobie sprawę, że wszystko to jest częścią Jego planu dla naszego dobra, nie powinniśmy się martwić. Wręcz przeciwnie, obserwujcie, jak Bóg działa i przyjmujcie Jego dzieło w naszym życiu.


A co by było, gdyby okoliczności układały się dla nas dobrze za każdym razem, gdy byliśmy w zgodzie z wolą Bożą, a nie układały się dobrze, gdy nie byliśmy w zgodzie z wolą Bożą? Wszyscy staraliby się być w zgodzie z wolą Bożą – nie dlatego, że kochają Boga, ale dlatego, że kochają, gdy wszystko idzie dobrze. Aby utrzymać nas w słabości, nasz przeciwnik chciałby, abyśmy myśleli, że trudności oznaczają, że jesteśmy poza wolą Bożą. Jednak burza niekoniecznie oznacza, że jesteśmy poza wolą Bożą. Uczniowie byli w zgodzie z wolą Bożą, a mimo to znaleźli się w burzy. Musimy być ostrożni w ocenie burz. Jonasz był poza wolą Bożą, ale Bóg użył burzy na morzu, aby zwrócić jego uwagę i skierować go z powrotem na Boży plan dla jego życia. Bóg może użyć przeciwności losu, aby zmienić Państwa kierunek, ale trudności nie oznaczają automatycznie, że idą Państwo w złym kierunku. Burza jest zatem okazją do ponownej oceny, modlitwy, rozwoju i ponownego zaangażowania. Burza nie jest czasem na rezygnację. Diabeł chce podważyć Państwa wiarę, sprawiając, że myślą Państwo, iż gdy napotykają Państwo przeciwności, to znaczy, że nie są zgodni z wolą Bożą. Musimy być świadomi tej taktyki. Bóg pozwala na przeciwności dla naszego rozwoju i dobra. Wzmacniają one naszą wiarę i poprawiają nasz charakter.

Pogoda w Pekinie może być bardzo zimna, zwłaszcza gdy północny wiatr wieje syberyjskim powietrzem przez miasto. Grzejniki pompowały ciepło do naszego mieszkania na trzecim piętrze w Pekinie tylko przez kilka godzin dziennie. Zachowanie tego cennego ciepła było zatem ważnym zadaniem. Z wielkim trudem uszczelniliśmy wszystkie szczeliny w metalowych oknach. W pewne sobotnie popołudnie, podczas naszego pierwszego roku w Chinach, Char i ja mieliśmy bóle głowy. Położyliśmy się na chwilę odpocząć, zanim nasz nauczyciel języka chińskiego przyszedł na lekcję. Wkrótce przypomnieliśmy sobie, że w lodówce mamy rosół z kurczaka i pomyśleliśmy, że może bulion będzie miał lecznicze działanie. Wstałem i zagotowałem go na kuchence gazowej. Głowa mnie pulsowała. Wypiliśmy rosół i poczuliśmy się tak źle, że postanowiliśmy poprosić naszego chrześcijańskiego sąsiada, aby pomodlił się z Państwem w tej sprawie. Zszedł on dwa piętra w dół do naszego mieszkania. Po wejściu do środka od razu zdał sobie sprawę, że w naszym pokoju potrzebne jest świeże powietrze. Po krótkiej rozmowie stało się jasne, że stopniowo zabijamy się tlenkiem węgla – bezbarwnym, bezwonnym, niezwykle trującym gazem. Tak bardzo staraliśmy się nie wpuszczać zimnego powietrza, że odcięliśmy sobie dopływ świeżego powietrza. Co ważniejsze, tlenek węgla nie miał gdzie uciec. To wydarzenie bardzo nas otrzeźwiło. Przypomnieliśmy sobie, że w poprzednią sobotę mieliśmy podobny problem. Zaczęło to mieć sens, ponieważ soboty były dniami, w które najczęściej przebywaliśmy w mieszkaniu. W pozostałe dni byliśmy poza domem, wypełniając nasze obowiązki – na świeżym, choć zimnym powietrzu. Zauważcie, że nasze trudności związane z zatruciem gazem nie były znakiem, że powinniśmy opuścić Pekin. Była to jedynie przeszkoda, którą należało pokonać. Niestety, widziałem ludzi, którzy wyjeżdżali z powodu podobnych problemów. Niemniej jednak istnieje jeszcze inna dynamika.


Kiedy odczuwamy niepokój lub martwimy się naszymi trudnościami, mamy do czynienia z dwiema burzami – pierwotnymi okolicznościami (burza zewnętrzna) i wewnętrznymi frustracjami (burza wewnętrzna). Bóg chce rozwijać ludzi, którzy potrafią doświadczać wewnętrznego spokoju pośród zewnętrznych trudności. Jeśli zachowamy wewnętrzny spokój, możemy poradzić sobie z ogromnymi trudnościami. Nasza łódź znajduje się w prawdziwych tarapatach, gdy zewnętrzne burze wpadają do naszych serc i doświadczamy burzy wewnętrznej. Jeśli potrafimy utrzymać przeciwności losu na poziomie okolicznościowym – tak, aby nie wywołały one burzy wewnętrznej – będziemy gotowi do wytrwałości. Dlatego Bóg wykorzystuje burze do naszego szkolenia.


Rozpoznajcie Jego dzieło


Żyjemy na poziomie naszych postrzegania. W trudnościach reagujemy zgodnie z tym, co postrzegamy jako mające miejsce. Problem polega na tym, że nasze postrzeganie jest czasami błędne. Są sytuacje, w których Bóg działa na Państwa rzecz, a Państwo nie rozpoznają Jego dzieła. Być może dzieje się tak dlatego, że działa On zupełnie inaczej, niż się spodziewacie. Często myślimy, że sytuacja się pogarsza. Tymczasem nowe wydarzenia, które uważamy za pogorszenie sytuacji, są w rzeczywistości początkiem działania Boga. Wróćmy do historii uczniów przeprawiających się przez morze w nocy. Kiedy Jezus przyszedł do nich, idąc po wodzie, myśleli, że jest duchem. Przybywała osoba, której potrzebowali i której pragnęli. Sytuacja miała się znacznie poprawić. Pomoc była w drodze. Jezus zbliżał się do nich, ale ponieważ nie rozpoznali Go i myśleli, że jest duchem, sądzili, że ich sytuacja się pogarsza. Dowiedzcie się, co naprawdę robi Bóg, zamiast reagować na to, co postrzegamy jako dziejące się na poziomie naturalnym.


Wiosną 1985 roku nasz krajowy kościół w Korei zorganizował swoją pierwszą konwencję. Mieszkaliśmy w Seulu, ale krajowa siedziba znajdowała się 90 mil na południe, w Taejon. Oprócz pracy w kościele uczęszczałem również do seminarium w niepełnym wymiarze godzin. Pewnego popołudnia, kiedy wróciłem do domu, Char przywitała mnie w drzwiach. Poinformowała mnie, że międzynarodowy prezes naszej denominacji weźmie udział w naszej konwencji. Przyjedzie do Seulu dzień lub dwa wcześniej, zatrzyma się w naszym domu i pojedzie z nami na konwencję! Wizyty dyrektora departamentu misji były wystarczająco ważnymi wydarzeniami, ale nigdy nie śniliśmy, że odwiedzi nas prezes. Co więcej, wielebny Park z naszego krajowego zarządu, z którym miałem różnice zdań dotyczące polityki administracyjnej, był blisko związany z prezesem! Miałem powody do niepokoju.

Tak się złożyło, że był to dzień postu, więc poszedłem na górę do naszej sypialni, aby zakończyć popołudnie modlitwą do kolacji, kiedy to zamierzałem przerwać post. Gdy tylko zamknąłem drzwi sypialni i zacząłem chodzić po pokoju w tę i z powrotem, modląc się, Duch Święty szepnął wyraźnie: „To nie jest duch”. Od razu zrozumiałem, co miał na myśli. Wyglądało to jak duch, ale nim nie było. Od tego momentu, z pokojem, pewnością siebie i w końcu oczekiwaniem, modliłem się o udane spotkanie z naszym prezydentem, udany wyjazd do Taejon i udany zjazd. Spędziliśmy z nim wspaniały czas w naszym domu. Nasi synowie bardzo go polubili. Mieliśmy bezpieczną podróż do Taejon, mimo że odpadł tłumik, a zwarcie w instalacji elektrycznej zmusiło nas do jazdy nocą bez świateł – z prezesem! Kongres przebiegł pomyślnie i nie miałem się czym martwić. Duża część spokoju ducha, którym się cieszyłem, i optymizmu, który czułem, modląc się z oczekiwaniem, wynikała z pomocy Pana. Łaskawie pomógł mi zrozumieć, że nie należy się obawiać tej wizyty. To nie był duch, to było dzieło Pana.


Kiedy wiatr, fale i deszcz są przeciwne w Państwa życiu, a Państwa łódź nabiera wody, zadajcie sobie pytanie: „Jaki „duch” jest w mojej burzy?”. Być może jest to Bóg, który zaczyna działać inaczej, niż się spodziewaliście. Nauczcie się pozwalać Bogu pomagać tak, jak On uważa za najlepsze, bez względu na to, jak bardzo może się to różnić od naszych oczekiwań.


Pamiętajcie o poprzednim cudzie


Nasza droga z Panem to seria trudności i odpowiedzi na modlitwy. Wydaje się, że gdy tylko pokonamy jedną trudność, pojawia się kolejna. Dzień przed uciszeniem burzy na Jeziorze Galilejskim Jezus nakarmił 5000 mężczyzn, a także kobiety i dzieci. Jezus rozwiązał tę trudność poprzez cudowny cud stworzenia i zaopatrzenia, ale uczniowie zdawali się już o tym zapomnieć. Martwimy się naszymi obecnymi trudnościami, ponieważ zapominamy o cudzie, który Bóg uczynił dla nas w przeszłości. Jeśli pamiętają Państwo o cudownym charakterze pomocy, jaką otrzymali Państwo ostatnim razem, gdy mieli Państwo trudności, łatwiej będzie Państwu zachować spokój w burzy, z którą teraz się zmagają. Jezus powiedział, że uczniowie muszą pamiętać i zrozumieć znaczenie chlebów – poprzedniego cudu. Przez jakie burze przeprowadził Państwa już Bóg? Jakie cuda uczynił już dla Państwa? Czy Bóg się zmienił? Nie. On jest nadal taki sam. On może uspokoić Państwa obecną burzę tak samo, jak wczoraj nakarmił chlebami i rybami głodny tłum.


Latem 1986 roku wróciliśmy do Stanów Zjednoczonych po 13 dobrych latach spędzonych w Korei. Kiedy zakończyłem swoją ostatnią kadencję, nie zastąpiono mnie nowym pracownikiem zagranicznym. Obywatele Korei kontynuowali pracę z uczniami, obozy, zakładanie kościołów, duszpasterstwo, nauczanie oraz zarządzanie naszym programem szkolenia pastorów i sprawami korporacyjnymi krajowej rady. Wykonywanie pracy, która sprawia, że stajemy się zbędni, jest zasadniczo zadaniem misjonarza, a my zrobiliśmy to sześć razy podczas naszych 13 lat pobytu tam.


Kiedy wróciłem do Stanów Zjednoczonych, wiedziałem, że Pan prowadzi mnie do ukończenia ostatniego programu akademickiego. Chciałem również założyć nowy kościół podczas studiów. Szkoliliśmy i zachęcaliśmy Koreańczyków do zakładania nowych kościołów, a ja sam założyłem jeden w Korei. Uważałem, że po powrocie do Stanów Zjednoczonych byłoby właściwe, abym zrobił to ponownie. Rozmawiałem z odpowiednim przełożonym o założeniu nowego kościoła. Mieliśmy do wyboru pasterską posługę w istniejącym kościele w Ohio lub założenie nowego w południowo-wschodniej Pensylwanii. Para, która przeprowadziła się do Pensylwanii z jednego z kościołów naszej denominacji w północnej Kalifornii, była zainteresowana pomocą w założeniu nowego kościoła. Nazwę ich Greg i Patty.


Znałem ich poprzedniego pastora, Freda, z północnej Kalifornii, więc zadzwoniłem do niego. Dodzwoniłem się do jego żony, Sue, i rozmawiałem z nią o Gregu i Patty oraz o naszym pragnieniu założenia z nimi kościoła. Zapytałem Sue, czy byłaby skłonna polecić Grega i Patty Char i mnie, ponieważ Sue znała nas wszystkich. Nie przyszło mi do głowy, aby zapytać Sue, czy poleciłaby nam Grega i Patty.


Char i ja polecieliśmy z Los Angeles do Pensylwanii, spotkaliśmy się z Gregiem i Patty i postanowiliśmy założyć kościół. Wpłaciliśmy zaliczkę na budowę bliźniaka i wróciliśmy do Los Angeles, aby zabrać naszych chłopców i bagaż. Byliśmy gotowi, aby rozpocząć naszą nową przygodę na Wschodzie. Zaczęliśmy od nabożeństw w przestronnym domu Grega i Patty, a Greg został skarbnikiem kościoła. Nasze rzeczy osobiste, które przybyły z Korei, były przechowywane w ich dużej i pustej piwnicy, dopóki nie mogliśmy przenieść ich do naszego domu dwupoziomowego, który był gotowy po kilku miesiącach. W międzyczasie wynajęliśmy kilka mieszkań.

Przez pierwsze kilka miesięcy robiliśmy szybkie postępy. Nasza wspólnota była naprawdę potrzebna w tej społeczności. Wiele rodzin cieszyło się z Państwa obecności. Greg zaczął jednak delikatnie sugerować mi, że nie wszystko jest w porządku z Patty. Była niezadowolona z kilku rzeczy dotyczących kościoła, a w szczególności mnie. Minęło kilka tygodni, a potem w niedzielę wieczorem i w poniedziałek otrzymałem telefony od Grega i trzech innych głowy rodzin, którzy po kolei ogłosili, że nie będą już uczęszczać do naszego kościoła. W ciągu tygodnia liczba członków naszego kościoła spadła z 35 do 18, ponieważ 17 osób z tych czterech rodzin odeszło. Byłem załamany. Greg i Patty postanowili, że nie będą z nami współpracować ani uczęszczać do kościoła. Ponadto najwyraźniej rozmawiali o swoim niezadowoleniu z innymi. Wpłynęło to na nasze przywództwo i reputację w taki sposób, że inne dobre osoby zostały poddane negatywnym wpływom. Z pewnością nie byłem idealnym amerykańskim pastorem, więc część kryzysu wynikała prawdopodobnie z mojej własnej nieadekwatności. Po kilku rozmowach z Gregiem zrozumiałem, że jest bezradny. Rozmowa z Patty zaowocowała jedynie złośliwym atakiem słownym pełnym goryczy, jadu, zazdrości i nieżyczliwości. Dzięki „szkoleniu”, które przeszedłem w Korei, byłem w stanie zachować spokój ducha podczas tych bolesnych rozmów. Przechodziłem przez trudne czasy w Korei i wiedziałem, że Bóg pozostał taki sam. Niemniej jednak nadal czułem się źle, ponieważ częściowo wierzyłem w nieżyczliwe uwagi pod moim adresem zawarte w słownym ataku Patty – internalizowałem surową krytykę.


Przez około 10 dni doświadczałem intensywnego zniechęcenia. Czy tak trudno było się ze mną dogadać? Czy zawiodłem Boga? Czy lata spędzone za granicą oddaliły mnie od ludzi w ojczyźnie? Czy powinienem był być bardziej asertywny? Mniej asertywny? Co zrobiłem źle? Czy Bóg oszukał nas, sprowadzając nas tutaj? W drugą środę tygodnia pościłem i modliłem się. W tamtych czasach chodziłem modlić się do lasu po drugiej stronie ulicy, w ustronnym miejscu. Wydeptałem ścieżkę w kręgu, po którym chodziłem w tym lesie. Udałem się do mojego zalesionego miejsca ukojenia i desperacko modliłem się, aby Bóg pomógł nam w naszej niemożliwej sytuacji – zwłaszcza w moim własnym zniechęceniu. Błagałem Boga, aby dał mi nową siłę, która pomoże mi przez to przejść. Brązowe i żółte jesienne liście pokrywały dno lasu. Zmęczony chodzeniem, położyłem się twarzą do ziemi na tych liściach i trawie i kontynuowałem modlitwę. Przypomniałem Panu o Psalmie 23. Powiedziałem: „Panie, tylko Ty możesz przywrócić nasze dusze. Proszę, przywróć moją duszę. Desperacko potrzebuję odnowy. Jestem wyczerpany. Jestem pusty. Nie mam już żadnej pewności siebie”.


Nie był to pierwszy raz, kiedy modliłem się o odnowę. Był taki okres w ostatnich latach naszego pobytu w Korei, kiedy moja kreatywność była na niskim poziomie. Poprosiłem Boga, aby przywrócił mi wizję, kreatywność, energię i zapał. Odpowiedział na wszystkie cztery prośby. Potrzebowałem ponownie cudownego przywrócenia. Z twarzą zanurzoną w liściach i wilgotnej trawie leśnej, ciałem wyciągniętym na kanapie mojego doradcy i łzami spływającymi po twarzy, gdy głęboki ból w sercu dręczył moją duszę i ducha niewypowiedzianą agonią, płakałem, błagając Boga.


Bóg wysłuchał tę modlitwę. Nie pamiętam, jak długo pozostałem tego dnia w lesie. Jednak kiedy wróciłem do naszego mieszkania, z przekonaniem powiedziałem Char, że Bóg nas przeprowadzi. Pozostaliśmy w tej społeczności przez trzy lata i nauczyłem się nie internalizować każdej nieżyczliwej rzeczy, która była mi wyrzucana w słownych atakach. Ostatecznie przekazaliśmy kościół bratu, którego zaprosiliśmy do naszego zespołu i pomogliśmy wyszkolić. Po raz kolejny Bóg pokazał swoją siłę, a my nadal rozwijaliśmy naszą odporność. Ten sam Bóg, który przeprowadził nas przez trudności w Korei, przeprowadził nas przez kolejne.

Przeszkody psychologiczne


Mędrcy potrzebowali dwóch lat od momentu, gdy ujrzeli gwiazdę na wschodzie, aż do przybycia do Jerozolimy w poszukiwaniu nowego króla. Najwyraźniej tyle czasu zajęło im przygotowanie się do podróży i jej odbycie (Mt 2:16). Geograficzna przeszkoda w oddaniu czci Jezusowi nie była jednak tak duża jak przeszkody psychologiczne. Największe przeszkody w życiu są natury psychologicznej i duchowej. Jeśli potrafią Państwo zmienić swoje nastawienie, mogą Państwo zmienić swoje życie i swój świat. Mędrcy bez wątpienia oczekiwali, że po przybyciu do Jerozolimy każdy będzie w stanie odpowiedzieć na ich pytania. Prawdopodobnie zakładali, że wielu rozpozna i uhonoruje nowego króla i że znajdą wielu oddających mu cześć. Ale nie! Nikt spośród osób, z którymi rozmawiali, nie oddawał Mu czci. Co więcej, Jerozolima wydawała się zaskakująco obojętna. Czy porzucili swoje poszukiwania, gdy spotkali się z obojętnością w Jerozolimie? Nie! Ci mędrcy nie przestali szukać tylko dlatego, że inni byli bierni.


Mieszkańcy Jerozolimy mogli oddawać cześć Jezusowi znacznie łatwiej niż mędrcy. Jednak spośród tych, którzy mieszkali w Jerozolimie, tylko Symeon i Anna oddawali Mu cześć. Mimo to mędrcy wykazali się niezachwianą determinacją, która doprowadziła ich do celu. Być może jedną z największych niespodzianek w ich doświadczeniu było opuszczenie Jerozolimy. Dziwne było to, że opuścili Jerozolimę sami. Dlaczego nikt z Jerozolimy nie poszedł z nimi? Przybyli z dalekiego kraju, aby oddać cześć królowi, podczas gdy uczeni z Jerozolimy nie chcieli przejechać zaledwie 10 kilometrów do Betlejem! Twierdzili: „Widzieliśmy Jego gwiazdę na wschodzie i przybyliśmy, aby Mu oddać pokłon” (Mt 2:2). Mimo że opuścili Jerozolimę sami, kontynuowali swoją podróż. Cóż za determinacja!


Często zniechęca nas praca dla Pana w trudnych warunkach, podczas gdy inni — mądrzejsi, silniejsi i bardziej wykwalifikowani — którzy mogliby Mu służyć z większą łatwością, nie wykorzystują swojej szansy. Ile razy inni, którzy mogliby służyć łatwiej, nie zrobili tego? Być może jeżdżą ładniejszymi samochodami, mieszkają bliżej kościoła, noszą lepsze ubrania, cieszą się większą popularnością lub mają lepsze wykształcenie. Czy to wystarczający powód, aby nie służyć? Czy tylko dlatego, że muszą pracować ciężej, podróżować dalej i pokonywać więcej przeszkód niż inni, jest to wystarczający powód, aby porzucić dążenie do lepszego poznania Jezusa i służenia Mu?


W wieku 11 lat, podczas mojej pierwszej pracy jako roznosiciel gazet, rozwinąłem w sobie gotowość do wytrwania w trudnościach, nawet jeśli innym było łatwiej niż mi. Mieszkaliśmy w północnej części miasta, w dzielnicy klasy średniej. Trasa nr 4 znajdowała się w mniej zamożnej południowej części miasta. Oznaczało to, że musiałem pokonywać ponad milę od domu, aby dostarczyć gazety. W soboty zbierałem opłaty za prenumeratę. Musiałem pokonywać taką odległość, czasami wielokrotnie, aby znaleźć ludzi w domu i odebrać opłatę. Czasami nie trafiałem do czyjegoś domu lub pies zabierał gazetę z ganku mojego klienta. Oznaczało to, że musiałem pokonać tę samą odległość, aby zająć się „niepowodzeniem”. Pomiędzy dostarczaniem, zbieraniem opłat i niepowodzeniami musiałem rozwinąć determinację. Wszystkie te trudności przynosiły mi od trzech do sześciu dolarów, które co tydzień wpłacałem do banku. Cała moja rodzina była zadowolona, gdy kilka lat później dostałem trasę 1-C. Była ona znacznie bliżej domu i w lepszej okolicy. Trudności związane z zarabianiem pieniędzy poprzez dostarczanie gazet i zbieranie opłat za nie rozwinęły mnie w innych aspektach, znacznie bardziej wartościowych niż zarobione pieniądze.

Rodzice widzieli, jak zmagam się z trudnościami. Wspierali mnie, ale nigdy nie „nosili” mnie na rękach. To był dobry sposób na wychowanie mnie. Nigdy nie wożili mnie samochodem na południową stronę miasta. Było wiele deszczowych, śnieżnych, upalnych i wietrznych dni, które utrudniały roznoszenie gazet. Kiedy było 20 lub więcej stron lub dodatki do włożenia przed rozpoczęciem dostawy, oznaczało to więcej pracy i cięższe ładunki. W tamtych czasach roznosiłem około 100 gazet i wiele razy cierpiałem z powodu bólu barku — ale stałem się silniejszy. Kiedy zbytnio ułatwiamy dzieciom życie, pozbawiamy je możliwości rozwoju.


Nie zamieniłbym teraz moich doświadczeń z dzieciństwa na nic innego. Nauczyły mnie one wytrwałości, która przydała mi się później. Dały mi one umiejętność doprowadzania zadań do końca i pozostawania w kościele, dopóki trudności nie zostaną rozwiązane. Dzięki nim mogłem pozostać na polu misyjnym, gdy napotkałem opór, lub modlić się o przywrócenie sytuacji, gdy pojawiły się trudności podczas zakładania nowego kościoła. Część tej lekcji nauczyłem się, roznosząc codzienną gazetę w moim rodzinnym mieście.


Po powrocie z Korei i przeprowadzce do Pensylwanii obaj nasi synowie dostali trasy roznoszenia gazet. Tak jak moi rodzice, wspierałem naszych synów, ale nie nosiłem ich na rękach. Codziennie rano wstali przed świtem, roznosili gazety, brali prysznic i zdążyli do szkoły na czas. W ciągu mniej więcej roku kupili samochody i znaleźli lepsze, dobrze płatne prace. Dan pracował dla niesłyszącej matki dwójki małych dzieci. Miał ogromną odpowiedzialność i dobrze sobie radził. Joel przez jakiś czas pracował dla mężczyzny podłączonego do respiratora. Za każdym razem, gdy czyścił części aparatu, życie tego mężczyzny było w rękach Joela. Jakie to były ogromne obowiązki dla szesnasto- i siedemnastolatków! Jak bardzo się rozwinęli i stali się niezawodni! Wytrwałość i niezawodność to cechy, które można przekazywać z pokolenia na pokolenie.


Oczekiwania a rzeczywistość


Ile razy zdarzyło się Państwu, że Państwa oczekiwania zawiodły — rzeczywistość nowej pracy, nowej struktury, nowego pastora lub nowej okolicy nie odpowiadała Państwa oczekiwaniom? Czy Bóg jest zobowiązany do stworzenia rzeczywistości, która odpowiada naszym oczekiwaniom? Czy zamiast tego powinniśmy zmienić nasze oczekiwania i dostosować się do Jego rzeczywistości? Tylko niebo w pełni spełni — a nawet znacznie przewyższy — nasze oczekiwania. Musimy nauczyć się dostosowywać, jeśli chcemy wytrwać w trudnościach życia i jeszcze większych trudnościach związanych z rozwojem charakteru. To ważna część wytrwałości.


Jakże podekscytowani i radośni byli mędrcy, udając się do Jerozolimy, a następnie do Betlejem! Czy byli rozczarowani, spotykając obojętność na dworze królewskim i w środowisku akademickim w Jerozolimie? Czy byli zaskoczeni, nie znajdując królewskiej rezydencji w Betlejem? W Betlejem znaleźli dziecko w zwykłym domu (Mt 2,11), gdzie najwyraźniej Maria, Józef i dziecko Jezus zostali zaproszeni po narodzinach Jezusa. Mędrcy ci byli w stanie dostrzec duchowy wymiar wykraczający poza fizyczne otoczenie zwykłego domu. Pomogło im to dostosować się do rzeczywistości, jaką zastali w Betlejem.


Kiedy po raz pierwszy przybyliśmy do Chin jako nauczyciele języka angielskiego, przeszliśmy szkolenie wprowadzające. Jako zagraniczni eksperci byliśmy gośćmi w ich kraju i nie wolno nam było rozmawiać o polityce, seksie ani religii. Mogliśmy jednak odpowiadać na pytania studentów i zapraszać gości do naszych mieszkań. Zawsze cieszyłem się, że studenci mieli tak dobre pytania! Zapoznałem się z kilkoma chińskimi chrześcijanami z innego uniwersytetu, którzy przychodzili do naszego mieszkania na studium biblijne w czwartkowe wieczory. Cieszyliśmy się wspólnie spędzonym czasem, a oni pogłębiali swoją wiedzę biblijną. Jednak po nieco ponad roku pobytu w Pekinie poinformowano mnie, że policja ma na mnie akta. Było to dla mnie sporym szokiem. Starałem się balansować między chęcią dzielenia się swoją wiarą z osobami zainteresowanymi, nauczaniem wierzących prawd biblijnych i zachęcaniem chrześcijan z jednej strony, a z drugiej strony przestrzeganiem wymagań rządu.

Wielu zwykłych ludzi z radością przyjmowało nasze przesłanie. Okazje do dzielenia się nim pojawiały się w cudownych odpowiedziach na modlitwy. Jednak służba Panu jako wojownik modlitwy i świadek ewangelii w miejscu, gdzie dzielenie się nią jest nielegalne, wiąże się z ryzykiem. Wiedzieliśmy o tym, kiedy tam przyjechaliśmy. Czytaliśmy o tych bohaterach wiary, „którzy zamknęli paszcze lwów, ugaszili żar płomieni i uniknęli ostrza miecza; których słabość zamieniła się w siłę; którzy stali się potężni w walce i rozgromili obce armie... byli torturowani i odmówili uwolnienia, aby mogli uzyskać lepsze zmartwychwstanie. Niektórzy spotykali się z drwinami i chłostą, a jeszcze inni byli skuwani łańcuchami i wsadzani do więzienia. Byli kamienowani, piłowani na pół, zabijani mieczem. Chodzili w owczych i kozich skórach, byli ubodzy, prześladowani i maltretowani – świat nie był ich godny. Wędrowali po pustyniach i górach, w jaskiniach i dziurach w ziemi (List do Hebrajczyków 11:33-38).


Wszystkie moje rozważania na temat cierpienia za wiarę dotyczyły innych, a nie mnie. Myśl, że być może będę musiał tego doświadczyć, była dla mnie sporym szokiem psychicznym. Czy byłbym w stanie? Czy bym to zrobił? Czy byłbym gotowy? Czy wytrzymałbym? Czy byłbym w stanie to znosić? Przez głowę przemykało mi wiele pytań. Ostatecznie zdecydowałem, że jeśli będzie to od mnie wymagane, będę gotowy. Nie zamierzałem wyjeżdżać ani zmieniać swojego stanowiska polegającego na modlitewnym poszukiwaniu okazji do służenia Bożemu celowi w kraju, w którym czułem się powołany do życia. Wielu wspaniałych chrześcijan na Zachodzie wykazuje takie samo poświęcenie. Jestem przekonany, że gdyby okoliczności wymagały od nas, mieszkańców „wolnego” świata, poniesienia takiej ceny, bylibyśmy gotowi to zrobić. My również podjęlibyśmy to wyzwanie, tak jak uczynili to wierzący z innych pokoleń i narodów. My również wytrwalibyśmy. Skąd to wiem? „Odczytałem” to z mojej własnej reakcji na odkrycie mojej kartoteki policyjnej w Pekinie. Sprzeciw pogłębia determinację.


Ile razy Państwa oczekiwania różniły się od rzeczywistej sytuacji w Państwa życiu? W karierze, rodzinie, kościele? Czują Państwo, że Bóg prowadzi Państwa do przeprowadzki, więc się przeprowadzają. A kiedy Państwo docierają na miejsce, sytuacja wygląda inaczej, niż się spodziewali. Jak uciec od faktu, że to Bóg Państwa tam poprowadził? Rzeczywistość, którą odkrywacie, różni się od Państwa oczekiwań. Niemniej jednak nie różni się od tego, czego oczekiwał Bóg, kiedy Państwa tam poprowadził. Mędrcy nie pozwolili, aby różnica między ich oczekiwaniami a rzeczywistością, którą zastali, powstrzymała ich przed realizacją celu wyznaczonego przez Boga. Wykazali się niesamowitą zdolnością do akceptacji rzeczywistości, mimo że znacznie różniła się ona od tego, co sobie wyobrażali. Idea, którą chcieli zbadać – projekt, którym się zajmowali – była dla nich ważniejsza niż różnica między ich oczekiwaniami a tym, co odkryli. Nie dajcie się zbić z tropu przez zaskakujące okoliczności! Wytrwałość mędrców obejmowała elastyczność w dostosowywaniu się do zaskakujących realiów. Mądrzy ludzie potrafią przejść od oczekiwań do rzeczywistości i pozostać wierni swoim celom! Przechodzą od kompleksu ofiary do postawy zwycięzcy; przestają pytać: „Kto mi to zrobił?”, a zaczynają pytać: „Jak mam teraz postępować?”.

Kup całe pole


Jezus opowiedział krótką historię o człowieku, który z radością kupił całe pole. „Królestwo niebieskie jest jak skarb ukryty w polu. Gdy człowiek go znalazł, ukrył go ponownie, a potem z radością poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił to pole” (Mt 13,44). W tej przypowieści Jezus zachęcał swoich naśladowców, aby byli gotowi sprzedać wszystko, oddać wszystko i poświęcić wszystko dla królestwa. Niektórzy ludzie żyją w środowiskach politycznych lub religijnych, które wymagają od nich kupienia całego pola, aby stać się wierzącymi. W naszym przypadku cała nasza rodzina zdecydowała się kupić całe pole, aby Char i ja mogli kontynuować naszą pracę w Chinach. Oto jak to się stało.


Podczas naszego ostatniego roku w Chinach żyliśmy częściowo z oszczędności, a częściowo z wynagrodzenia, które Char zarabiała, ucząc języka angielskiego. Spędziłem ten rok na ukończeniu zbioru 40 esejów w języku chińskim na różne tematy chrześcijańskie. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych zostały one opublikowane i od tego czasu są przedrukowywane w Chinach. Z drugiej strony, ostatni rok był trudny finansowo i nie byliśmy pewni, co Bóg chce nam powiedzieć. W lutym tej zimy uczestniczyliśmy w ślubie naszego syna i synowej, Joela i Elizabeth. W dniach poprzedzających ślub Char, Dan, Joel i ja rozmawialiśmy o naszej sytuacji w Chinach.


Rozmawialiśmy o tym, że nasza służba wymagała od nas życia z oszczędności, oraz o zaletach i wadach tej sytuacji. Niemniej jednak byliśmy przekonani, że Bóg kocha Chińczyków. Po nauce języka wydawało się słuszne, aby pozostać w tym duchowo potrzebującym i owocnym polu żniwa. Chłopcy powiedzieli: „Na tym etapie naszej kariery nie możemy Państwa wspierać, aby mogli Państwo pozostać w Chinach, ale jeśli chcą Państwo żyć z oszczędności i funduszy emerytalnych, naszym sposobem okazania wsparcia będzie opieka nad Państwem na starość”. Po omówieniu tej kwestii cała czwórka zgodziła się, że „kupimy całe pole”. Jako rodzina zrobimy wszystko, co konieczne, aby kontynuować naszą pracę.


Chłopcy zawsze nas wspierali, zwłaszcza odkąd stali się młodymi dorosłymi. Zachęcali swoich rodziców, których dzieci opuściły już dom, aby powrócili na pole misyjne, jeśli tego właśnie pragną. Mimo to nie byliśmy przygotowani na poziom zaangażowania, jaki widzieliśmy w ich słowach. Teraz zdajemy sobie sprawę, że wytrwałość jednego pokolenia zaowocowała wytrwałością następnego. Nie było to wynikiem genetyki – nasi synowie sami zdecydowali się naśladować swoich rodziców.


Jeśli chodzi o naszą czwórkę, kupiliśmy całe pole. Czasami wytrwałość najlepiej pokazuje się poprzez zakup całego pola, tak jak zrobił to człowiek z opowieści Jezusa. „W radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił to pole”. Naszym zdaniem była to jedyna droga, abyśmy mogli pozostać w Chinach. Chinach. Jednak w ciągu miesiąca od naszego powrotu do Pekinu otrzymałem niespodziewany telefon z Tulsa w stanie Oklahoma. Zgodnie z Bożym planem ten telefon ostatecznie doprowadził do naszego nieoczekiwanego powrotu z pola misyjnego do Stanów Zjednoczonych, aby szkolić misjonarzy i pastorów. Okazało się, że przywilej służby w Chinach został zastąpiony możliwością szkolenia mężczyzn i kobiet z następnego pokolenia pracowników chrześcijańskich. Zakup pola nie był od Państwa wymagany, ale podjęliśmy taką decyzję i wróciliśmy do Chin, planując pozostać tam bez względu na koszty. Nie żałujemy tej decyzji.


Spójrzcie na naszego Zbawiciela, który pozostał najlepszą wersją siebie aż do chwalebnego końca swojej ziemskiej misji. W swojej najwspanialszej chwili „dla radości, która była przed Nim, znosił krzyż” (List do Hebrajczyków 12:2) dla odkupienia wszystkich, którzy uwierzą. Być może dostrzegają Państwo dowód na to, że radosne, całkowite posłuszeństwo, samokontrola i wytrwałość w obliczu przeciwności losu to najlepszy sposób, aby stać się najlepszą wersją siebie na wieczność. Takie jest Boże marzenie dla Państwa i z Bożą pomocą mogą je Państwo spełnić. A kiedy to zrobicie, On uśmiechnie się, ponieważ część Jego marzenia spełniła się w was.