NAWYK SZÓSTY: Konstruktywne Radzenie Sobie z Kryzysami
Nawyki wysoce skutecznych chrześcijan
„Jeśli biegaliście z ludźmi pieszo i oni Państwa zmęczyli, jak możecie konkurować z końmi? Jeśli potykacie się w bezpiecznym kraju, jak poradzicie sobie w gęstwinie nad Jordanem?” Jeremiasz 12:5
Podczas naszej pierwszej kadencji w Korei doświadczyliśmy kilku konfliktów w relacjach osobistych z innymi misjonarzami. Następnie, w kolejnym okresie, przejąłem obowiązki pełniącego obowiązki przełożonego i przewodniczącego krajowej rady. Konflikt z pierwszego okresu był niczym w porównaniu z konfliktem z drugiego okresu. Jednak dzięki smutkowi związanemu z tym doświadczeniem zdobyliśmy bardzo cenne spostrzeżenia i rozwinęliśmy się osobiście oraz w służbie. Pokazało to, jak Bóg nas uczy i wyciąga dobro z bolesnych kryzysów. Jednak w tamtym czasie kryzys wydawał się przytłaczający i wynikał z niesprawiedliwych błędnych wyobrażeń i nieporozumień!
Nauka poprzez kryzysy
W nawyku 2 dowiedzieliśmy się, że Bóg wystawia na próbę i uczy zależności poprzez intensywną presję w ludzkich okolicznościach. Kryzys to czas zwiększonej presji. Bóg szuka Państwa świadomej intencji, aby w początkowej fazie kryzysu zbliżyć się głębiej do Jego serca, aby mógł Państwa przez niego przeprowadzić. Efektem końcowym jest silniejszy, bardziej wpływowy chrześcijanin z głębszym doświadczeniem Boga i towarzyszącą mu duchową władzą.
Doświadczenie związane z postem i bieganiem w maratonach nauczyło mnie, że wytrwałość potrzebna w czasach prób wynika w dużej mierze z podjęcia dobrych, zdecydowanych decyzji. Kiedy już podejmiemy decyzję, możemy przełączyć nasz „decydent” na neutralny bieg, a „wykonawcę” na autopilota. Można znieść niedogodności związane z postem, jeśli nie trzeba codziennie lub co godzinę decydować o tym, czy jeść. Można również znosić zmęczenie związane z maratonem, jeśli nie trzeba decydować co kilometr, że będzie się biegać do końca. Doświadczenie pomaga, ale najważniejszym czynnikiem jest realizacja pierwotnej decyzji.
Nawet Jezus „z determinacją wyruszył do Jerozolimy”. Wydaje się to sugerować, że zdecydował – można nawet powiedzieć, że postanowił – że zniesie krzyż, a następnie zrealizuje swój plan, postanowiwszy to zrobić. Pamiętam, jak się czułem po przeczytaniu Łukasza 9 i 10 w 35. dniu mojego postu (poniedziałek, 11 czerwca 1979 r.). Wrażenie tego, co musiał czuć Jezus – że „zdrada jest trudna do zniesienia” – było bardzo głębokie. W tłumaczeniu, które wtedy czytałem, napisano, że Jezus, po podjęciu decyzji, „z żelazną wolą podążał nieustannie w kierunku Jerozolimy” (Łk 9:51, Living Bible, podkreślenie moje). Jezus, nasz Wzór, pokazał, jak reagować na kryzysy z prawą determinacją. W Państwa przypadku presja, którą znoszą Państwo, jest konieczna, aby stać się bardziej podobnymi do Niego. Państwa reakcje na cierpienie pokazują obserwującemu światu, że Chrystus jest w Państwa sercach. Kryzysy powodują wzrost presji, która umożliwia taką determinację i zdecydowanie. Wydobywają z Państwa to, co najlepsze lub najgorsze.
Jest jednak jeszcze jeden element. Jezus „uniżył samego siebie i stał się posłuszny aż do śmierci” (Flp 2:8). Straszna śmierć, którą poniósł, pokazała podporządkowanie boskiego i ludzkiego Syna planowi Ojca. Nie wiemy, jak bardzo Jezus musiał się jeszcze doskonalić w nauce posłuszeństwa w tamtym czasie, ale w Państwa przypadku doskonalenie się jest z pewnością możliwym skutkiem kryzysów. W przeszłości ważne było dla mnie, aby mieć rację. Byłem zbyt kłótliwy i sporny. Częściej niż było to rozsądne, lubiłem pokazywać ludziom, jak bardzo mam rację. Kiedy teraz patrzę wstecz na dawnego siebie – z twardą skorupą i zatwardziałym sercem – zdaję sobie sprawę, że potrzebowałem kryzysu, na który Bóg pozwolił w 1979 roku.
Dlaczego kryzys jest konieczny
Presja wywierana na osobę doświadczającą kryzysu jest niezbędnym przygotowaniem, które tworzy gotowość, a nawet chęć do zmiany. Bóg nie jest zadowolony z pozostawiania nas w stanie nierozwiniętym lub słabo rozwiniętym. Pozwala na kryzysy, abyśmy mogli się rozwijać. Kiedy wszystko pozostaje bez zmian, nie mają Państwo motywacji do zmiany. Zazwyczaj lubią Państwo pozostać przy wygodnym schemacie. W teorii zmiany naukowcy odnoszą się do tworzenia „dysonansu”, który powoduje, że ludzie stają się niezadowoleni ze status quo i dzięki temu są bardziej skłonni do przyjęcia innowacji. Bóg, największy czynnik zmian, również wydaje się skłonny do tworzenia pewnego osobistego dysonansu, abyśmy byli bardziej skłonni do zmiany. Kryzys jest konieczny, ponieważ go potrzebują Państwo.
Wczesną wiosną 1979 roku uczestniczyłem w spotkaniu misjonarzy i krajowych przywódców naszej denominacji z regionu Azji, które odbyło się w Hongkongu. Nie minął jeszcze rok naszej drugiej kadencji w Korei i byłem tam z pastorem, którego nazywaliśmy wielebnym Parkiem z Korei. Stało się oczywiste, że podziały, które hamowały nasz rozwój w Korei, były nie tylko bolesne dla nas, ale także boleśnie oczywiste dla innych. Zacząłem modlić się jeszcze poważniej o te problemy. Wtedy postanowiłem pościć przez 40 dni.
Kilka dni później odwiedził nas w Korei lider misji naszej denominacji i uczestniczył w spotkaniu pastorów. Następnie wraz z Char zawieźliśmy ich do Seulu, skąd mieli lecieć samolotem do Stanów Zjednoczonych. Podczas tej dwugodzinnej podróży podzieliłem się z naszym dyrektorem, Jeffem, i jego żoną, Ann, moim pragnieniem, aby pościć i modlić się przez 40 dni, aby kościół w Korei został uwolniony. Odpowiedział, że kiedy wiele lat wcześniej pościł przez taki sam okres, zauważył, że to on zmienił się bardziej niż sytuacja. Był bardzo przychylny mojemu postowi.
Po przybyciu do Seulu, tuż przed wyjściem z samochodu, Char i ja opowiedzieliśmy Państwu o wizji, którą miała Mary, żona pastora w Stanach Zjednoczonych. Miało to miejsce około rok wcześniej, kiedy byliśmy w Stanach Zjednoczonych na urlopie. W wizji tej Mary widziała długą kolejkę Azjatów wychodzących z niewoli ku wolności, a my ich prowadziliśmy. W naszych umysłach fakt, że w wizji byliśmy na czele tej kolejki, oznaczał, że nasza służba wśród Azjatów będzie skuteczna i owocna. Dzięki naszemu przywództwu ludzie rzeczywiście zostaną poprowadzeni do nowych rzeczy duchowych. Wizja ta była dla nas zachętą przez prawie rok, zanim podzieliliśmy się nią w samochodzie tego wiosennego dnia 1979 roku. Cieszyliśmy się, że Bóg dał nam miejsce w takim zwycięskim marszu.
Ann źle zinterpretowała naszą rozmowę. Założyła, że walczymy o pozycję, prestiż i władzę na czele szeregu. Skarciła nas, a my płakaliśmy. Do tego czasu w naszej służbie w Korei wylewaliśmy już wystarczająco dużo łez za wolność kościoła. Rozumieliśmy, że nasza pozycja była raczej odpowiedzialnością przed Panem niż czymś, o co należy walczyć. Tak poważne niezrozumienie i krytyka ze strony tych, którzy wysłali nas do Korei, były szokującym rozczarowaniem. Wspominam o tym tutaj, ponieważ jest to rodzaj presji, jaką kryzys wywiera na sługę Bożego. To, czy jest to sprawiedliwe, czy nie, to już inna kwestia. Chodzi mi o to, że presja wywierana na jednostkę może wywołać intensywne pragnienie Boga i desperację, która rodzi gotowość do zmiany.
Sposób, w jaki reagują Państwo, ma ogromne znaczenie
Bóg kocha nas i wierzy w nas – często bardziej niż my sami. On zna nasz potencjał, my nie. Co więcej, wie, jak wywrzeć odpowiednią presję poprzez kryzys. Kryzys nie jest problemem; on tylko Państwa przygotowuje. Problemem jest Państwa potrzeba zmiany, a Bóg wykorzystuje kryzys, aby Państwa do niej skłonić. Ponieważ Bóg wie, ile Państwo są w stanie znieść i jaki jest Państwa potencjał rozwoju, intensywność kryzysu jest miarą głębokości komplementu, jaki Bóg Państwu składa. Z drugiej strony, Bóg wie również, jak grube mamy czaszki, jak słabe nasze duchy, jak tępe nasze umysły i jak dumni i oporni na Jego nauki jesteśmy. Wie więc, jakiej presji potrzebujemy, aby w końcu stać się gotowymi do zmiany.
Kluczowe znaczenie ma to, jak reagujemy na kryzys — w rzeczywistości to właśnie nasza reakcja jest problemem. W procesie rozwoju Boga ważniejsza jest nasza reakcja na kryzys niż jego rozwiązanie. Oboje znamy ludzi, którzy doświadczyli kryzysów, niczego się nie nauczyli i nie doświadczyli żadnej osobistej poprawy. Nikt nie lubi płacić za coś, a potem nie czerpać z tego żadnych korzyści. W przypadku kryzysów nie chodzi o to, czy zapłacić, czy nie – zapłacimy. Ale czy otrzymamy korzyść w postaci poprawy charakteru? Jeśli zareagujemy właściwie – z pokornym i otwartym na naukę duchem – obietnica Pisma Świętego jest wielkim wzrostem: „Uniżcie się przed Panem, a On was wywyższy” (List św. Jakuba 4:10). „To wszystko stało się po to, aby wasza wiara – cenniejsza niż złoto, które ulega zniszczeniu, choć jest oczyszczane ogniem – okazała się prawdziwa i przyniosła chwałę, cześć i wielkość, gdy objawi się Jezus Chrystus” (1 List św. Piotra 1:7).
Pewność doświadczania kryzysów
Bóg nie chce pozostawić Państwa w stanie nierozwiniętym lub słabo rozwiniętym. Mogę wymienić siedem kryzysów, które miały miejsce od czasu opuszczenia domu w 1962 roku. Za każdym razem uniżałem się przed Panem – w większości przypadków poprzez post i modlitwę. Ponieważ każdy kryzys osiągnął swój cel, mogę również wskazać najważniejszą lekcję, jaką wyniosłem z każdego z nich, tak jak Państwo mogą wskazać swoją.
Czasami chrześcijanie doświadczają kryzysów i czują, że Bóg lub diabeł traktują ich szczególnie źle. Jednak bardziej prawdopodobne jest coś przeciwnego. Każdy doświadcza kryzysów. Wszyscy przechodzą ten program szkoleniowy, ale nie wszyscy czerpią z niego takie same korzyści. Każdy chrześcijanin, który ma głębię, odporność, hart ducha lub mądre rady dla tych, którzy przechodzą próby, sam przeszedł pewnego rodzaju „szkolenie”.
Intensywność kryzysów jest różna. Wydaje się, że z biegiem lat stają się one coraz intensywniejsze, ponieważ Bóg prowadzi nas do coraz głębszego zakorzenienia się w Nim i Jego Słowie. Nie tylko nasze kryzysy wydają się nasilać z biegiem lat, ale jeden z nich prawdopodobnie będzie się wyróżniał jako największy. To, jak sobie z nim poradzimy, może naprawdę nas wzmocnić lub złamać – a może ukształtować nas poprzez złamanie. Warto z wyprzedzeniem ustalić, jak zareagują Państwo, gdy nadejdzie kryzys. W momencie kryzysu nasza emocjonalna reakcja na niesprawiedliwość, okoliczności lub osoby zaangażowane jest tak intensywna w naszych umysłach, że nie wiemy, jak zareagować. Proszę liczyć się z tym, że kryzys nadejdzie w pewnym momencie i proszę być na to przygotowanym.
Czego nauczyłem się dzięki mojemu wielkiemu kryzysowi
Kryzysy często stanowią punkt zwrotny, który dzieli życie na „przed” i „po” wielkim kryzysie. To, czego uczymy się podczas takiego kryzysu, ma tak duży wpływ, że nie jesteśmy już tą samą osobą – na szczęście. To, czego nauczyłem się podczas mojego największego kryzysu oraz czasu postu i modlitwy, który mu towarzyszył, pomogło mi przez wiele owocnych lat służby od 1979 roku. W rozdziale 5 przyjrzeliśmy się niektórym wydarzeniom, które doprowadziły do 40-dniowego postu. Zauważyliśmy, że w Korei istniały dwie różne polityki zarządzania kościołem: jedna polegała na tworzeniu silnego kościoła centralnego – pogląd wyznawany przez pastora Parka; druga polegała na wspieraniu naszych młodszych pracowników w ich wysiłkach na rzecz zakładania wielu kościołów w całym kraju – mój pogląd. W tym rozdziale przyjrzeliśmy się kilku cytatom z zapisków z moich pierwszych dni modlitwy. Jak Państwo pamiętają, moim głównym zmartwieniem była swoboda rozwoju kościoła.
W miarę postępu postu przestałem czytać jakiekolwiek inne książki poza Biblią. Słowo Boże stawało się coraz cenniejsze, żywe, dodające otuchy i przenikliwe. Żywe Słowo Boże stało się dla mnie potężnie realne, a każdy werset wydawał się tak bogaty w prawdę. Było to tak silne, że w 17. dniu (czwartek, 24 maja) napisałem następujący wpis:
Naprawdę nasyciłem się Słowem. Nigdy wcześniej w całym moim życiu nie było ono dla mnie tak żywe i pełne skarbów. Opisało mi wizję mocy, obfitości, zwycięstwa, triumfu i błogosławieństwa. Jeśli możemy tego doświadczyć w naszej pracy w Korei, wszystkie słabości, głód i trudne chwile tutaj będą tego warte. Po południu modliłem się o cuda uzdrowienia i całkowite spełnienie triumfów, które Słowo Boże pozwoliło mi sobie wyobrazić. Modlitwa to walka. Codziennie od około 8:30 do 18:00 spędzam czas tylko na Słowie i modlitwie. Szacuję, że w ciągu dnia spędzam około trzech godzin na Słowie i sześć i pół godziny na modlitwie.
Ten schemat utrzymywał się przez resztę postu. Większość czasu spędzałem na modlitwie, a resztę na czytaniu Słowa. Starannie notowałem to, czego się uczyłem. Wydawało mi się, że sam Pan Jezus usiadł obok mnie na ławce, gdzie czytałem, i wskazywał mi kolejne lekcje. W miarę postępu postu lekcje stawały się coraz bardziej osobiste i konkretne. Zanim post się zakończył, znacznie bardziej zależało mi na pokorze, pokucie za moją upartość, nauce kochania i służenia innym oraz większej gotowości do pozwolenia Bogu troszczyć się o Jego kościół. Moje pragnienie walki o wolność kościoła stopniowo zanikało. Zastąpiło je intensywne pragnienie kochania Boga i okazywania tej miłości poprzez kochanie i służenie Jego ludowi.
Stałem się również coraz bardziej zależny od Pana. W dniu 18 (piątek, 25 maja) napisałem:
Wczesnym popołudniem znalazłem się w desperackiej sytuacji i przyznałem Panu, że zabrakło mi sił i determinacji – że jeśli ma On jeszcze coś do zrobienia w tym poście (a byłem pewien, że tak jest, ponieważ nadal jestem przekonany, że to On kieruje wszystkim), to musi przejąć kontrolę w bardziej kompletny sposób – ja byłem wykończony. Myślę, że to właśnie po tym momencie nastąpiły wydarzenia, które doprowadziły do objawienia dotyczącego pana Suha [kolejnej osoby, która mi się sprzeciwiała]. Nie da się opisać tej walki! Wiem, że podczas modlitwy dzieje się coś bardzo realnego w świecie duchowym. Nie jest to mniej intensywna walka niż gdyby Pan miał miecz i tarczę i zaczął nimi machać – ale oczywiście wszystko dzieje się w Duchu. Jestem przekonany, że to właśnie na tej arenie toczy się prawdziwa walka i odnosi się prawdziwe zwycięstwa – jak to wszystko się potoczy i jak zmaterializują się odpowiedzi, będzie stosunkowo łatwe, jak sądzę.
Zdałem sobie sprawę, że cały proces sporu między mną a panem Parkiem, nieporozumienie z Jeffem, moja wycieczka w góry, aby się modlić, oraz moje dni słabości i kruchości w samotności z potężnym Bogiem, były tymczasowym stanem, na który Bóg pozwolił. Pewnego dnia dokonałby wielkich zmian. W dniu 21 (poniedziałek, 28 maja) napisałem:
… Pan zaprowadził mnie do Księgi Lamentacji 3:27-33: „Dobrze jest dla młodego człowieka poddać się dyscyplinie, bo to sprawia, że siedzi w milczeniu pod wymaganiami Pana, leży twarzą do ziemi w pyle; wtedy w końcu jest dla niego nadzieja. Niech nadstawia drugi policzek tym, którzy go biją, i znosi ich okropne zniewagi, bo Pan nie opuści go na zawsze. Chociaż Bóg zadaje mu cierpienie, to jednak okaże mu również współczucie, zgodnie z wielkością swojej miłosiernej dobroci. Nie czerpie bowiem radości z dręczenia ludzi i sprawiania im smutku” (Living Bible). Wiem, że to jest skierowane właśnie do mnie, przeczytałem to trzy lub cztery razy i raz przeczytałem Panu w pierwszej osobie. Być może nieco przygnębiające dla mojego ego jest uświadomienie sobie, że to On sprowadził mnie tutaj, aby pościć, nauczyć mnie posłuszeństwa i cierpliwości, podczas gdy ja przez cały czas myślałem, że to ja składam Panu ofiarę postu. Z pewnością chcę się uczyć – i bardzo mnie zniechęca myśl o pozostałym czasie. Pan powtarza: „krok po kroku (dzień po dniu)”.
Podczas ostatnich dwóch tygodni postu Bóg skupił się na moim ego. Nauczył mnie przyjmowania postawy sługi. Nie chodziło o to, czy pan Park traktował mnie niesprawiedliwie, czy nie. Było to dla mnie zaskoczeniem – myślałem, że to była cała sprawa. Nie, problemem było to, że moja postawa była niewłaściwa. W ciągu tych ostatnich dwóch tygodni prywatnych lekcji prowadzonych przez Ducha Świętego nauczyłem się, że nawet jeśli miałem rację, to jeśli Państwa postawa była niewłaściwa, to Państwo byli w błędzie.
W dniu 29 (wtorek, 5 czerwca) czytałem i zmagałem się w modlitwie od 8:30 do 13:00. Była to jedna z najbardziej intensywnych osobistych zmagań w ciągu całych sześciu tygodni. Wiedziałem, że Bóg zajmuje się mną, krzyżuje moje ciało, usuwa ze mnie walkę i rozwija serce sługi. Po opisaniu różnych lekcji ze Słowa Bożego, odnosząc się konkretnie do mojego nastawienia wobec pana Parka, Bóg powiedział, że nie powinienem go osądzać, bez względu na to, jak bardzo mnie źle traktował i jak niesprawiedliwe były jego zasady. Napisałem:
Pięć punktów z Listu do Rzymian 14:3-4 zawsze było bogate w treść. Są to pięć powodów, dla których nie powinniśmy osądzać innych:
1) Bóg ich przyjął;
2) są oni sługami Boga, a nie Państwa;
3) są odpowiedzialni przed Nim, a nie przed Państwem;
4) to Bóg jest tym, który mówi im, czy postępują słusznie, czy nie; oraz
5) Bóg jest w stanie sprawić, że będą postępować tak, jak powinni.
Tak więc! Nawet jeśli z mojego punktu widzenia jest to bardzo niesprawiedliwe, muszę służyć. Sługa nie tylko wykonuje określone obowiązki, ale także musi podporządkować swoją wolę woli pana, a to jest dla mnie bardzo trudne w przypadku pana Parka. Ale jeśli tego właśnie uczy mnie Bóg, chcę być posłuszny. Auć! To były bardzo trudne cztery i pół godziny i naprawdę o 13:00 osiągnąłem kres swoich duchowych i fizycznych sił.
Potem poczułem nieco więcej spokoju, próbując pokornie podporządkować się, ponieważ byłem sługą Boga, aby służyć panu Parkowi – tak jak Bogu. Nie wiem, jak to się ma do modlitw o uwolnienie kościoła, ale Jego drogi nie są naszymi drogami. To jest Jego droga. Bez wątpienia jest lepsza. Cieszę się, że mam nieco jaśniejsze wskazówki od Pana dotyczące współpracy z panem Parkiem, ponieważ szczerze mówiąc, nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Czułem, że robię to, czego Bóg chce, reprezentując interesy pastorów i moje własne interesy związane z rozwojem kościoła, konfrontując się z panem Parkiem w imieniu kilku naszych mężczyzn i kościołów. Cóż, Bóg pomoże mi to wszystko połączyć.
W tych ostatnich dniach postu dowiedziałem się również o silnej rzeczywistości świata duchowego. Chociaż nie byłem świadomy konkretnych ruchów lub broni, których używały siły duchowe, nadal byłem świadomy, że coś dzieje się w niewidzialnym świecie. W dniu 31 (czwartek, 7 czerwca) napisałem:
… to jest walka! Wróg próbuje przeciwstawić się wszystkiemu, co dobre. Każdego dnia uczę się tak wiele – to trochę słodko-gorzkie doświadczenie. Jest to trudne dla ciała – bardzo trudne – ale dobre dla ducha – bardzo dobre. Jestem posłuszny i wiem, że Bóg nigdy nie poprosiłby o coś, co nie byłoby dobre, i ufam Mu całym swoim ciałem.
Każdego dnia trwała walka. Moje ciało słabło, a duch stawał się silniejszy. W dniu 33 (sobota, 9 czerwca) powiedziałem:
Muszę powiedzieć, że był to szczególnie trudny dzień – duchowo, fizycznie i emocjonalnie. Kiedy zatrzymuję się, aby pomyśleć o tematyce modlitw – modlitwach przeciwko działaniom wroga w naszych szeregach – myślę, że to jest właśnie powód. To po prostu walka, a to wymaga wysiłku. Jutro jest dzień odpoczynku. Chwała Panu.
Trwałe korzyści na całe życie
W miesiącach i latach, które minęły od mojego kryzysu, zauważyłem, że mój duch stał się bardziej wrażliwy. Łatwiej mi płyną łzy, nie kłócę się tak często i jestem spokojniejszy. Mniej narzekam, więcej się modlę, znacznie rzadziej osądzam i czuję znacznie mniejszą potrzebę naprawiania każdego zła. Lepiej znoszę krytykę, łatwiej dostrzegam własne porażki i ogólnie jestem spokojniejszy pod presją. Tych rzeczy nie można kupić za pieniądze. Być może nie zdawałbym sobie sprawy, że cokolwiek się nauczyłem, gdyby nie to, że od czasu do czasu obserwuję ludzi reagujących na problemy w taki sam sposób, jak ja kiedyś. Kiedy to widzę, pomaga mi to uświadomić sobie działanie łaski, którą Bóg użył, aby mnie zmienić.
Kiedyś czułem silne emocjonalne przywiązanie do każdego pomysłu, który przedstawiałem do dyskusji. Nie potrafiłem jakoś oddzielić się od tego pomysłu. Każda krytyka pomysłu była dla mnie krytyką mnie samego. W swojej niedojrzałości nie potrafiłem cieszyć się obiektywizmem niezbędnym do dyskusji nad pomysłami wyłącznie na podstawie ich zalet. W 22. dniu postu napisałem:
Z powodu braku wiary nie udało mi się wejść do Bożego odpoczynku. Chodzi mi o to, że kiedy przedstawiam pomysł do dyskusji, angażuję się emocjonalnie w przekonywanie wszystkich, że jest to dobry pomysł, więc nie działam z wiary, ale z poczucia osobistej nieadekwatności. Jeśli przedstawiam swoje pomysły z wiarą – a wszystko, co nie pochodzi z wiary, jest grzechem – mogę pozwolić, aby propozycja została przyjęta lub odrzucona bez zagrożenia dla mnie, na podstawie rzeczywistej wartości samego pomysłu, a nie mojej zdolności do jego sprzedania. Och, jakże pragnę mocy, aby pokonać ten grzech!
Lata po napisaniu tych słów nadal brzmią one prawdziwie. Ponieważ moi studenci są dorosłymi, w klasie prowadzimy wiele dyskusji. Wiele pomysłów zaczerpniętych z lektur, a także doświadczeń naszych absolwentów jest codziennie przedmiotem swobodnej dyskusji. Poprzez dawanie przykładu, a czasem w sposób jawny, uczę moich studentów racjonalnego omawiania tych pomysłów. Kiedy uczymy się przedstawiać pomysły w sposób łagodny, słuchacz ma swobodę rozważenia, odrzucenia lub zaakceptowania pomysłu, korzystając z osobistej wolności wyboru. Kiedy nasze ego jest przywiązane do naszych pomysłów, nasi rozmówcy czują się atakowani. Normalną reakcją na atak jest obrona. W trybie obronnym ludzie nie są otwarci na Państwa pomysły. To Państwa atak – a nie sam pomysł – „zamknął” ich umysły. Niezależnie od tego, czy przedstawiacie pomysł studentom studiów magisterskich, czy przedstawiacie Chrystusa niewierzącemu, łagodniejsze prezentacje są bardziej przekonujące. W takich przypadkach zaczyn jest lepszy niż dynamit.
Po zastanowieniu się nad tymi pomysłami, dopiero wiosną 1979 roku naprawdę zacząłem je rozumieć. Słyszałem je głową. Jednak na górze, podczas postu, modlitwy i czytania Biblii w największym kryzysie mojego życia, dotarły one do mojego serca. Dwa lata po zakończeniu postu denominacja przeniosła nas z Taejon do Seulu, gdzie spędziliśmy kolejne cztery owocne lata nauczania, zakładania kościołów i administrowania nimi.
Pewnego wieczoru Char i ja uczestniczyliśmy w studenckim studium biblijnym w Seulu. Siedzieliśmy na podłodze w koreańskim stylu, kiedy jeden z nauczycieli naszego kolegium biblijnego – pastor z naszej organizacji – zaczął mnie atakować słownie. Ponieważ czasami wolałem pograć z synami w piłkę zamiast uczestniczyć w środowych nabożeństwach, pastor powiedział studentom, że jestem samolubny i leniwy. Milczałem, podczas gdy studenci kręcili się niespokojnie, zawstydzeni. Kiedy skończył przemowę, podniosłem rękę i poprosiłem o pozwolenie na zabranie głosu. Powiedziałem coś w stylu: „Jeśli chcą Państwo dowiedzieć się więcej o tym, jak bardzo jestem samolubny, mogę opowiedzieć Państwu jeszcze więcej niż to, co właśnie usłyszeli. Jest to coś, z czym nieustannie się zmagam, a profesor ma rację. Zasadniczo jestem osobą samolubną” i nie powiedziałem nic więcej. Przed postem, kiedy jeszcze byłem wojownikiem, nigdy nie byłbym w stanie tego zrobić. Po poście takie podejście do konfliktów stało się moją naturą. Nigdy nie wróciłbym do starego sposobu postępowania; nowe wino jest o wiele słodsze. Później ktoś mi powiedział, że studenci byli zdumieni i dyskutowali między sobą o tym, jak poradziłem sobie z publiczną krytyką, której doświadczyłem. Cieszyłem się, że postąpiłem słusznie.
Kilka semestrów temu, tutaj, w Stanach Zjednoczonych, jeden ze studentów skrytykował mnie przed całą klasą. Nie odpowiedziałem mu. Nie broniłem się. Po prostu odpowiedziałem na jego pytania. Później, ze względu na sposób, w jaki poradziłem sobie z tą sytuacją, kilku studentów powiedziało mi, że pomogło im to dostrzec, jak ten student wykazał się złym nastawieniem. Nie stałoby się tak, gdybyśmy obaj się kłócili. Przed postem moja młodsza, mniej dojrzała i bardziej zadziorna wersja postąpiłaby inaczej.
Nikt nie lubi kryzysów. Nikt nie lubi cierpieć fizycznie, duchowo, emocjonalnie lub psychicznie. Nasze ego również nie lubi cierpieć. Jednak mistrz metalurgii doskonale zna proces hartowania. Zna wytrzymałość stali, którą testuje. Zna odpowiednią temperaturę ognia, odpowiednią temperaturę chłodziwa i najlepszy moment, aby metal stał się mocniejszy. Niektórzy z Państwa potrzebują gorącego ognia i ogromnego ciśnienia, aby być gotowymi do zmiany, poddania się i śmierci. Kryzysy trwają tylko chwilę, ale poprawa może trwać przez resztę naszego życia i aż po wieczność. Bóg bardziej troszczy się o Państwa rozwój niż o Państwa wygodę.
